Przyzwyczaiłem się już że jest ślisko ale to co się dzieje tutaj przekracza wcześniejsze doświadczenia. Po stromym zboczu nie da się podejść, trzeba poruszać się skrajem lasu, czepiając się wyrastających kęp trawy, korzeni, gałęzi itp. Wydaje się że to podejście nigdy się nie skończy, ale w końcu docieram do jakiegoś przełamania. Dalsza trasa prowadzi na przemian w dół i w górę i jej przebieg można by streścić krótko: błoto, błoto, ku…wa błoto. Aż wreszcie następuje apogeum. Docieram do podejścia na Oszusta. To największa ‘atrakcja’ tej trasy, tutaj błoto podobno jest nawet kiedy dookoła panuje susza. A właśnie od pewnego czasu pada i to dosyć intensywnie. Przed sobą widzę gliniasty stromy stok, żeby zobaczyć dokąd prowadzi trzeba zadrzeć głowę wysoko do góry a i tak końca nie widać.

Decyduję się na podejście samym środkiem tego stoku wprost przed spływający z góry strumyk wody. Okazuje się że to bardzo dobry wybór, bo spływająca woda wypłukuje glinę i pozwala butom znaleźć jakieś zaczepienie na leżących na dnie kamieniach. Posuwam się do góry znacznie szybciej niż ci którzy wybrali drogę skrajem lub miedzy drzewami. Końcówka jest tak stroma że ostatnie kilkadziesiąt metrów pokonuję w zasadzie na czworaka, starając się wczepić palcami w podłoże. Wreszcie docieram do końca. Niemal równocześnie z Markiem któremu wspinaczka prawą stroną zajęła dużo więcej czasu. Na szczycie kolejny punkt kontrolny. Zatrzymujemy się na chwilę żeby odetchnąć i dać zanotować swoje numery. Za chwilę droga prowadzi ostro w dół. Marek przepuszcza mnie i mówi żebym biegł bo na zbiegach jestem szybszy.

Przypominam sobie jak wygląda bieżnik (a właściwie jego śladowe pozostałości) w jego butach i dziwię się jak on w ogóle jest w stanie się poruszać w tych warunkach. Ja ma na nogach buty z bardzo agresywną podeszwą, wprost idealne na takie warunki a jednak z trudem udaje mi się utrzymywać na nogach. Wkrótce zresztą przekonuję się o tym kolejny raz bo robię dwa kolejne kroki i dwa razy ślizgam się tak że tylko podparcie na rękach ratuje mnie przed błotną kąpielą. Uciekam daleko w bok i dopiero między gęstymi drzewami zaczynam poruszać się w dół, ciągle się ślizgając i przytrzymując się co chwila drzew w końcu docieram na dno tego zbocza. Dalsza droga nie jest już tak stroma, deszcz ciągle pada, błoto na ścieżkach jest takie że w zasadzie staram się tylko żeby nie wdepnąć w nie głębiej niż sięga cholewka butów. Zastanawiam się po cholerę traciłem tyle czasu na początku biegu starając się omijać znacznie miej grząskie miejsca.

Tak mijają kolejne kilometry i wreszcie pojawia się asfalt. To przełęcz Glinka a na niej drugi punkt żywieniowy. Odcinek od poprzedniego punktu pokonałem bez sięgania po jakiekolwiek jedzenie nie licząc kilku rodzynek ze sporego zapasu jaki został w kieszeni plecak po ostatniej wycieczce. Teraz zastanawiam się co by tu zjeść, mam pomysł żeby sięgnąć po bułkę z serem ale jakoś nie wyobrażam sobie że uda mi się to pogryźć, wiec sięgam po kabanosa. Udaje mi się zjeść dwa kawałki. Najchętniej napiłbym się ciepłej herbaty bo ciągle pada a ja biegnę tylko w jednej koszulce więc trochę zmarzłem. Niestety nie ma tu prądu a nikt nie zaplanował żeby dostarczyć herbatę w termosach, jest za to chłodne piwo. W przypływie desperacji sięgam po puszkę, wypijam, uzupełniam zapas wody i szykuję się do dalszej drogi. Muszę jeszcze tylko poprawić numerek który mam przypięty do paska plecaka bo przy manewrach z wodą jedno z mocowań się oderwało. Niestety palce mam tak zgrabiałe że obsługa agrafki przekracza moje manualne zdolności, muszę wie c poprosić o pomoc jakąś kibicującą w tym miejscu kobietę.

Jestem gotowy do dalszej drogi, zanim wyruszę na punkcie pojawia się Maciek, tak jak poprzednio a więc utrzymujemy to samo tępo. Skłamałbym gdybym napisał że nie przyszła mi do głowy myśl ze dobrze byłoby utrzymać tą przewagę do końca, w końcu takie zawody to też w pewnym stopniu rywalizacja z innymi, ale nie jest to w tej chwili najważniejsze. Mam do pokonania jeszcze ponad dwadzieścia kilpmetrów i na tym się skupiam. Ruszając słyszę jeszcze jak ktoś obsługi mówi że według prognozy ma przestać padać o 14 a spytany która jest godzina patrzy na zegarek i z uśmiechem mówi że 13:59. Dalsza droga prowadzi kawałek asfaltem ale po chwili strzałki kierują mnie znowu w las i to wprost w jakieś wielkie grzęzawisko. Przez tą chwile na asfalcie przywykłem do luksusu jakim jest twardy grunt pod nogami , więc z oporem robię pierwszy krok.

Dalej jest już prościej, wszystko wraca do normy. Mozolnie wyrywam zasysane przez podłoże buty i krok po kroku przesuwam się do przodu. Po pewnym czasie zauważam że rzeczywiście jakby deszcz trochę ustał, co prawda dalej kapie na głowę ale to chyba woda strącana z drzew przez wiatr. Droga robi się trochę bardziej znośna i już nie tak stromo prowadzi na Hurbą Buczynę, potem zbieg w dół i kolejne podejście. Po wyjściu z bufetu wyprzedziłem jednego zawodnika i w zasadzie cały czas mam przed sobą pustą drogę. Na szczęście prowadzi ona ciągle szlakiem granicznym wiec nie muszę się zastanawiać czy dobrze biegnę. Niestety chyba tracę powoli siły bo z tyłu pojawiają się kolejni biegacze którzy po jakimś czasie mijają mnie i zostawiają w tyle. Przypominam sobie że przecież żeby posuwać się do przodu niezbędna jest energia nagromadzona w żelach, sięgam więc do plecaka i wyciągam kolejnego. To już trzeci dzisiaj, absolutny rekord w mojej karierze. Kiedy kończę popijać nagle obok pojawia się Maciek, mija mnie i dosyć szybko zaczyna się oddalać. No cóż młodość ma jednak swoje prawa.

Zanim stracimy kontakt głosowy dowiaduje się jeszcze że zostało jakieś 14 km. Wreszcie docieram na Trzy Kopce. Tutaj obsługa kieruje mnie na czerwony szlak. Dostaje tez opaskę na rękę z napisem 80 km. Widocznie ktoś uznał że skoro dotarłem w to miejsce to mam szanse dotrzeć tez do mety. To chyba mnie podbudowuje i mobilizuje do żwawszego poruszania się. Poza tym wreszcie się rozpogadza i zaczynają się odsłaniać wspaniałe panoramy. Robi się całkiem przyjemnie. Zostało ostatnie większe podejście, wkrótce przechodzę poniżej schroniska Rysianka i już w miarę po płaskim docieram do schroniska na Hali Lipowskiej.

Tutaj na drzewie wisi kartka z napisem meta 10km. Z lekkim zdziwieniem widzę tez kilkadziesiąt metrów przed sobą Maćka. Zaczynam kombinować że skoro on zwolnił a dalsza droga to w zasadzie długi zbieg to może jeszcze uda się powalczyć. Zaczynamy zbiegać, trzymam się za Maćkiem i nagle widzę że on schodzi na pobocze żeby załatwić fizjologiczne potrzeby i w takich prozaicznych okolicznościach mijam go i zostawiam z tyłu. Zupełnie bez walki, przynajmniej na razie bo do końca jeszcze trochę zostało. Teraz droga jest na tyle sucha że można już spokojnie zbiegać, i pewnie można by to robić nawet dosyć szybko, gdyby nie zmęczenie nóg. To zmęczenie powoduje że kiedy tylko droga zaczyna się lekko wznosić przechodzę do marszu, chociaż mam świadomość że nie ma takiej potrzeby i Benek na pewno by mnie za to nie pochwalił. Mijam kartkę z napisem 5 km. Przypominam sobie że ostatnie 5 km jest oznakowane co kilometr wiec czekam na kolejną.

Kartka z napisem 4 km zostaje w tyle, Macka nie widać, powoli zaczynam przyzwyczajać się do myśli że będę na mecie pierwszy z naszej grupy. Droga lekko się wznosi więc znowu maszeruję i wtedy mija mnie jakaś dziewczyna i szybko zostawia w tyle. Uświadamiam sobie jak dużo jeszcze można zyskać lub stracić prze metą. Mijam kartkę z napisem 3, potem 2, a potem z dołu nadbiega jakiś biegacz który wybrał się na trening, zachęca mnie do biegu, patrzy na zegarek i mówi że zostało mi do mety 2200m. Nienawidzę gps’a, tą informację mógł sobie darować. Trasa prowadzi wąską ścieżką przez jakieś gęste zarośla, kiedy więc słyszę za sobą tupot odsuwam się na bok żeby zrobić miejsce szybszemu zawodnikowi i obok mnie przemyka Maciek. A więc podział skóry na niedźwiedziu okazał się przedwczesny. Na szczęście ścieżka zaczyna opadać stromiej i jakby zaprasza do dalszego biegu wiec nie ma czasu na rozpamiętywanie ‘porażki’. Jeszcze kawałek i dobiegam do pierwszych zabudowań Ujsoł, kilka zakrętów w wąskich uliczkach i pojawia się mostek za którym jest meta.

Na mecie nie ma medalu, czeka za to Krzysztof Dołęgowski, który gratuluje mi ukończenia biegu i pyta: dobrze się bawiłeś?
To niespodziewane pytanie w jednej chwili ustawia cały ten bieg we właściwej perspektywie.
Odpowiadam z przekonaniem: Tak, dobrze się bawiłem.

facebook

pomiar czasu

rekordy pro run

kalkulatory biegowe

News - pozostałe

#1 Lifestyle - Zimowy Must-Have

  Zimowa pora wcale nie musi kojarzyć się z fatalnymi warunkami atmosferycznymi, przygnębien...

Pilates dla biegaczy

Czy wiesz, że "siła napędowa" u biegaczy powinna wychodzić z korpusu, a nie nóg? Czy wiesz, że moż...

#1 TRENING - CZYM JEST OKRES PRZYGOTOWAWCZY?

#1 TRENING - CZYM JEST OKRES PRZYGOTOWAWCZY? Na dobre wystartowały treningi przygotowujące naszyc...

6 urodziny Pro-Run

Potwierdzamy i zapraszamy na 6 urodziny Pro-Run. Realizujemy rzucony na treningu pomysł czyli rejs...

Rozpoczynamy sezon 2017/2018. Zapraszamy!

    Sezon 2017/2018 – ZACZYNAMY! Już w najbliższą niedziele o godz. 9.00 na Stadionie...

Medal korony gór polskich

Długo wyczekiwany medal już jest :) Dlaczego taki? Już odpowiadamy. Nasza drużyna nie tylko biega ...

News - zawody

Medal BTW 2017

Długo wyczekiwany medal już jest :) Dlaczego taki? Już odpowiadamy. Nasza drużyna nie tylko biega ...

30 km - Wyniki 16.07.2017

Wyniki biegu dostępne będą na stronie DATASPORT (obecnie są prowadzone prace na serwerze i nie mam...

Letnia Trzydziestka 2017

Ruszyły zapisy na nasz lipcowy sprawdzian na dystansie 30 km. Ponownie można będzie sprawdzić swoj...

Biuro zawodów również w piątek

Już w piątek otwieramy biuro zawodów na bieg w Siechnicach w sklepie sportowym Decatchlon Bielany ...

Posiłek regeneracyjny

Posiłek regeneracyjny jest bardzo ważny również po zawodach, tym razem serwujemy grochówkę w wersj...

Organizacja w Siechnicach

  W Siechnicach zapowiada się ponad pięciuset startujących, a wraz z nimi zapewne kibice. Aby ...