Chudy WawrzyniecAby utrwalić relacje Wiesława Gerusa z jego poczynań biegowych prezentujemy jego kolejną relację. To również będzie bieg ultra którzy niż ostatnia setka ale jak sam przyznaje trudniejszy. Jest czego gratulować tak więc nie przedłużając zapraszamy do lektury, zwłaszcza wszystkich, którzy myślą o tym biegu za rok. Zdjęcia ze strony www organizatora z edycji 2015

Chudy Wawrzyniec to, mimo iż może nazwa na to nie wskazuje, bieg górski w Beskidzie żywieckim na dystansie lekko ponad 50 lub 80 km. Dla mnie to kolejny bieg ultra zaplanowany na ten rok. Mogłoby się wydawać że po pokajaniu 100 km w Boguszowie to zadanie będzie dużo łatwiejsze, ale to tylko pozory. Po pierwsze tutaj do pokonana jest ponad 3400 metrów pod górę, po drugie na całym dystansie 84 km są tylko dwa punkty odżywcze i nie ma żadnego przepaku.

W porównaniu z innymi biegami to dosyć wyśrubowane wymagania. Ten bieg ma zresztą sporo innych wyróżników a od tego roku doszedł jeszcze jeden, a mianowicie nie ma na mecie medali. Zamiast tego organizatorzy postanowili przeznaczyć 10 zł z każdej opłaty startowej na rzecz lokalnych inicjatyw wspierających rozwój dzieci. Moim zdaniem to bardzo pozytywna inicjatywa, nasza pasja pomoże komuś w realizacji jego marzeń, a nam co najwyżej ubędzie z szuflad trochę złomu, bo satysfakcja z pokonania trasy będzie na pewno nie mniejsza.

Ale na tą satysfakcję trzeba sobie najpierw zapracować. Wyruszamy już w piątek rano, w pięć osób. Daniel i dwóch Marków biegli już tam w zeszłym roku i w potwornym upale zaliczyli 50 km. Teraz są zdeterminowani żeby pokonać długą trasę. Ja z Maćkiem jadę pierwszy raz ale też mamy apetyty na 80+. Droga mija szybko wśród rozmów dotyczących biegowych wspomnień i planów na przyszłość. W Węgierskiej Górce wstępujemy do karczmy na obiad. Kelnerka zapytania co mogłaby nam polecić bez wahania wymienia potrawę dodając że goście często to zamawiają i rzadko zwracają. Po takiej rekomendacji chłopaki jednomyślnie decydują się na ten rzadko zwracany specyjał , ja z racji piątku decyduje się na inny, bezmięsny specyfik. Około 13 docieramy do biura zawodów, odbieramy numery startowe, okazuje się też że są jeszcze bilety na autobusy wyjeżdżające na start o 3:30, wiec nasze wcześniejsze dyskusje czy nie pospać dłużej i spróbować dojechać własnym samochodem stają się bezprzedmiotowe. Robimy zakupy w sklepiku i jedziemy na kemping.

Po ustaleni kto śpi na górze, zaczynamy przygotowania do jutrzejszego biegu. Na stole pojawiają się kartony z żelami i chłopaki posiłkując się kalkulatorem próbują wyliczyć ile ich trzeba zabrać na trasę. Wychodzi im że aby pokonać trasę trzeba zjeść około 20 szt. Trochę im brakuje ale uznają że to co mają wystarczy na początek, resztę uzupełnią na punktach. Obserwuję to z lekkim osłupieniem ale liczę tez swoje zapasy i wychodzi mi że razem z tym który dostałem dzisiaj w pakiecie startowym, tym który dostałem dwa tygodnie temu na treningu i jeszcze dwoma które noszę w plecaku nie pamiętam od kiedy razem mam 4 sztuki. Obiecuję sobie że tym razem nie pozwolę im przeleżeć w kieszonce przez cały bieg. Zabieram się za szykowanie stroju i nalewanie wody, a w międzyczasie ktoś wyczytuje w Internecie że jednak na trasie nie będzie żeli tylko batony a to już nie to samo. Chłopcy decydują się na wyjazd do biura zawodów żeby dokonać zakupów na stoisku i uzupełnić zapasy do niezbędnego minimum. Ja mam inne zmartwienie.

Od pewnego czasu mój organizm wysyła mi niepokojące sygnały i podświadomie już czuję czym to się skończy. Po godzinie okazuje się że miałem rację, najpierw mam burzliwą wizytę w ubikacji a chwilę później na łące za bramą kempingu zwracam obiad. Trzeba było jednak słuchać kelnerki. Niestety wiem że to jeszcze nie koniec. Daniel z Markiem kładą się spać już przed dwudziestą, reszta jedzie do biura na odprawę. Na szczęście odprawa jest na dworze, ale i tak niewiele usłyszę z tego o czym będzie mowa. Czujnie trzymam się na uboczu i w czasie kiedy organizatorzy przekazują cenne informacje o jutrzejszym biegu ja wsparty o płot walczę kilkakrotnie ze skurczami żołądka. Wreszcie pozbywam się najgłębszych pokładów żółci i organizm jest przygotowany do wchłaniania żeli.

Rano pobudka chwilę po 2:00. Ogólna krzątanina, każdy szykuje się do startu, kolejny raz sprawdza czy o niczym nie zapomniał. Na szczęście czuję się już lepiej. Zjadam dwie bułki z serem i dżemem, profilaktycznie przyklejam plaster w miejscu gdzie but otarł mnie na ostatniej wycieczce biegowej , zakładam strój startowy i jestem gotowy do wyjścia. Sprawdzamy jeszcze prognozy pogody, nie są jednoznaczne, oglądamy różne serwisy i kiedy znajdujemy taką która pokazuje że nie będzie padać uznajemy ze tego będziemy się trzymać. Jednak po otwarciu drzwi okazuje się że na dworze pada i nie można tego zupełnie zignorować. Wszyscy zakładają na siebie jakieś przeciwdeszczowe okrycie i wychodzimy na start. W miejscu skąd odjeżdżają autobusy czeka kilkadziesiąt osób. Na szczęście jest tam wiata przy stacji benzynowej wiec można spokojnie odczekać aż w którymś z kolejnych znajdzie się miejsce dla nas. Na start jest tylko kilka kilometrów więc po chwili jesteśmy w Rajczy gdzie o dziwo jest kolejna wiata pod którą można się schować.

Czasu do startu coraz mniej, opad nie jest szczególnie intensywny wiec zdejmujemy z siebie kurtki. Pozostaje jeszcze decyzja czy wrzucić je do worków które pojadą na metę czy zapakować do plecaka. Spiker przedstawia faworytów biegu, Chłopaki odpalają swoje wielkie i bardzo mądre zegarki. Od tej pory będą ich informować jaki dystans przebiegli, jakie mają tempo średnie i chwilowe, puls, kadencję, próg tlenowy itp. Powiedzą im też kiedy mają się napić, zjeść żela, a może nawet kiedy mają się wysikać, chociaż co do tej ostatniej funkcji to nie jestem pewien. Ja biegnę bez zegarka więc będę miał dużo prościej. Moja głowa musi analizować tylko sygnały napływające z nóg i płuc. W takim biegu ta analiza nie jest zbyt skomplikowana i sprowadza się w zasadzie do ignorowania tych napływających sygnałów, tzn. na początku do powstrzymywania się od zbyt szybkiego biegu pomimo iż jest moc, a na końcu do przekazywania nogom informacji że powinny się cyklicznie przestawiać jedna przed drugą, pomimo że tej mocy nie ma.

Odliczanie i ruszamy na trasę wybiegając prosto spod wiaty. Pierwsze metry za bramą startową oświetlają odpalone właśnie biało czerwone race. Wygląda to bardzo ładnie i jakoś napawa otuchą że będzie dobrze. Pierwsze kilometry prowadzą asfaltem oświetlonym lampami ulicznymi. Większość porad dotyczących tego biegu mówi że pomimo wczesnego startu można się na nim obyć bez czołówki, ale wszystkie one jako uzasadnienie podają że na początku jest tłok i wystarczy światło z czołówek innych użytkowników. My poszliśmy tym tropem, ale na szczęście są tez ci inni, którzy chyba nie doczytali i jednak zabrali czołówki. Po pewnym czasie na horyzoncie zaczynają się odcinać grzbiety otaczających nas gór, robi się coraz jaśniej i zanim skończy się asfalt i skręcimy na stoki jest na tyle jasno że dodatkowe światło naprawdę jest zbędne. Po dziesięciu kilometrach wbiegamy na Rachowiec, według tego co słyszałem teraz powinien być widoczny piękny wschód słońca, zamiast tego tylko otulająca wszystko szczelnie mgła. Zbiegamy na dół, mijamy bramkę z pomiarem czasu która pokazuje 1:30 z sekundami.

Limit czasu w tym miejscu to chyba 2,5 h więc nie jest źle. Biegniemy asfaltem obok jakichś zabudowań, zza płotu słyszę pianie koguta, ale cała reszta otoczenia jeszcze głęboko śpi. Na dole nie ma mgły więc widać trochę doliny, ale wyżej znowu zaczynają się chmury. Trasa przez jakiś czas lekko faluje a więc widok na okolice pojawia się i znika. Wreszcie zaczyna się kolejne długie podejście. Przypominam sobie o niesionych w plecaku żelach i wyciągam pierwszego, kiedy kończę go popijać dogania mnie Marek, mówi że on zdążył zjeść już cztery. Dalej idziemy razem. Docieramy do szczytu Kikuły i znowu dłuższy zbieg, potem kolejne małe wzniesienia i po pewnym czasie znowu długie podejście. Nie pamiętam dokładnie trasy ale mam nadzieję że to już podejście na Wielką Raczę. Przypominam sobie jak to wyglądało kiedy tu wędrowałem kilka lat temu, co prawda z lewej strony tam gdzie teraz jest wielka biała ściana wtedy rozciągał się piękny widok, ale reszta się zgadza, z prawej jest stromy stok i przecinka w lesie pod linię energetyczną. Po chwili potwierdza się że miałem rację i rzeczywiście z mgły wyłania się schronisko. Marek który na dłuższą chwilę został gdzieś z tyłu znowu się pojawia.

Część osób wchodzi do schroniska, my ograniczamy się do krótkiego postoju przy śmietniku, żeby wyrzucić opakowania po żelach i korzystając z okazji zjeść kolejnego. Za jakieś 10 km czeka na nas pierwszy bufet, a po drodze tylko jedno dłuższe podejście na Jaworzynę. Trzymamy się blisko siebie i razem docieramy do miejsca gdzie siedzący pod drzewem wolontariusz kieruje nas do punktu kontrolnego a nadchodzących z przeciwka w górę na dalszą trasę. Przypominam sobie że do schroniska na Przegibku jest rzeczywiście bardzo blisko. Po chwili już słychać grającą specjalnie dla nas mini kapelę góralską a kawałeczek dalej widać rozstawione przed schroniskiem namioty i stoły z jedzeniem i piciem. Wybór jest naprawdę duży, nie ma szans wszystkiego choćby spróbować. Zjadam kawałek arbuza, garść bakalii a przede wszystkim kubek przepysznych jagód z cukrem i śmietaną.

Teraz kolej na uzupełnienie zapasu wody, do bukłaka w plecaku wchodzi prawie półtora litra. Jak na 37 km to nie wypiłem zbyt dużo, tydzień temu w Karkonoszach osuszyłem całość w niespełna 20km, no ale dzisiaj jest zupełnie inna pogada. Z jednej strony to dobrze że nie ma upału ale z drugiej na trasie jest bardzo mokro, ślisko i niejednokrotnie trzeba nadkładać sporo metrów aby ominąć kałuże, chociaż tak naprawdę to prawdziwe uroki tej pogody jeszcze przed nami. Kiedy próbuję zrobić kolejną rundę po stołach z jedzeniem Marek mówi że on już wychodzi na dalszą trasę. Mi zebranie się zajmie jeszcze chwilę. Jeszcze przed wyjściem Marka na punkcie pojawia się Maciek, Byliśmy przekonani że jest przed nami, ale generalnie jak widać poruszamy się zbliżonym tempem.

Opuszczam bufet i podążam śladem Marka. Teraz przede mną długie podejście na Wielką Rycerzową. Na szczycie trzeba podjąć ostateczną decyzje o wyborze trasy. W tym momencie nie jest to już decyzja 50 czy 80. Tak naprawdę muszę zdecydować czy biegnę szybką dychę do mety czy dostojny maraton. Może gdybym trenował z grupą szybkobiegaczy Grześka to bym się zastanawiał, ale dla osoby trenującej w ‘grupie maratońskiej’ możliwość przebiegnięcia dwóch maratonów w jednym ciągu to podwójna przyjemność. Nie mogę sobie jej odmówić. Osoby które są razem ze mną na szczycie, dostają na ręką specjalne czerwone opaski i ruszają w lewo. Ja ruszam w prawo, jak mnie informują swoją opaskę dostanę nieco później, wiec póki co mogę jeszcze zawrócić. Droga prowadzi teraz ostro w dół, tłok jest zdecydowanie mniejszy można by więc szybko pobiec gdyby nie to że jest potwornie ślisko, i tak naprawdę na całym zbiegu trzeba walczyć żeby się utrzymać na nogach i nie przewrócić. Mimo wszystko tak długi zbieg jest fajny, ale jak wszystko co fajne w końcu się kończy. Zaczyna się podejście na Beskid Bednarów.


Przyzwyczaiłem się już że jest ślisko ale to co się dzieje tutaj przekracza wcześniejsze doświadczenia. Po stromym zboczu nie da się podejść, trzeba poruszać się skrajem lasu, czepiając się wyrastających kęp trawy, korzeni, gałęzi itp. Wydaje się że to podejście nigdy się nie skończy, ale w końcu docieram do jakiegoś przełamania. Dalsza trasa prowadzi na przemian w dół i w górę i jej przebieg można by streścić krótko: błoto, błoto, ku…wa błoto. Aż wreszcie następuje apogeum. Docieram do podejścia na Oszusta. To największa ‘atrakcja’ tej trasy, tutaj błoto podobno jest nawet kiedy dookoła panuje susza. A właśnie od pewnego czasu pada i to dosyć intensywnie. Przed sobą widzę gliniasty stromy stok, żeby zobaczyć dokąd prowadzi trzeba zadrzeć głowę wysoko do góry a i tak końca nie widać.

Decyduję się na podejście samym środkiem tego stoku wprost przed spływający z góry strumyk wody. Okazuje się że to bardzo dobry wybór, bo spływająca woda wypłukuje glinę i pozwala butom znaleźć jakieś zaczepienie na leżących na dnie kamieniach. Posuwam się do góry znacznie szybciej niż ci którzy wybrali drogę skrajem lub miedzy drzewami. Końcówka jest tak stroma że ostatnie kilkadziesiąt metrów pokonuję w zasadzie na czworaka, starając się wczepić palcami w podłoże. Wreszcie docieram do końca. Niemal równocześnie z Markiem któremu wspinaczka prawą stroną zajęła dużo więcej czasu. Na szczycie kolejny punkt kontrolny. Zatrzymujemy się na chwilę żeby odetchnąć i dać zanotować swoje numery. Za chwilę droga prowadzi ostro w dół. Marek przepuszcza mnie i mówi żebym biegł bo na zbiegach jestem szybszy.

Przypominam sobie jak wygląda bieżnik (a właściwie jego śladowe pozostałości) w jego butach i dziwię się jak on w ogóle jest w stanie się poruszać w tych warunkach. Ja ma na nogach buty z bardzo agresywną podeszwą, wprost idealne na takie warunki a jednak z trudem udaje mi się utrzymywać na nogach. Wkrótce zresztą przekonuję się o tym kolejny raz bo robię dwa kolejne kroki i dwa razy ślizgam się tak że tylko podparcie na rękach ratuje mnie przed błotną kąpielą. Uciekam daleko w bok i dopiero między gęstymi drzewami zaczynam poruszać się w dół, ciągle się ślizgając i przytrzymując się co chwila drzew w końcu docieram na dno tego zbocza. Dalsza droga nie jest już tak stroma, deszcz ciągle pada, błoto na ścieżkach jest takie że w zasadzie staram się tylko żeby nie wdepnąć w nie głębiej niż sięga cholewka butów. Zastanawiam się po cholerę traciłem tyle czasu na początku biegu starając się omijać znacznie miej grząskie miejsca.

Tak mijają kolejne kilometry i wreszcie pojawia się asfalt. To przełęcz Glinka a na niej drugi punkt żywieniowy. Odcinek od poprzedniego punktu pokonałem bez sięgania po jakiekolwiek jedzenie nie licząc kilku rodzynek ze sporego zapasu jaki został w kieszeni plecak po ostatniej wycieczce. Teraz zastanawiam się co by tu zjeść, mam pomysł żeby sięgnąć po bułkę z serem ale jakoś nie wyobrażam sobie że uda mi się to pogryźć, wiec sięgam po kabanosa. Udaje mi się zjeść dwa kawałki. Najchętniej napiłbym się ciepłej herbaty bo ciągle pada a ja biegnę tylko w jednej koszulce więc trochę zmarzłem. Niestety nie ma tu prądu a nikt nie zaplanował żeby dostarczyć herbatę w termosach, jest za to chłodne piwo. W przypływie desperacji sięgam po puszkę, wypijam, uzupełniam zapas wody i szykuję się do dalszej drogi. Muszę jeszcze tylko poprawić numerek który mam przypięty do paska plecaka bo przy manewrach z wodą jedno z mocowań się oderwało. Niestety palce mam tak zgrabiałe że obsługa agrafki przekracza moje manualne zdolności, muszę wie c poprosić o pomoc jakąś kibicującą w tym miejscu kobietę.

Jestem gotowy do dalszej drogi, zanim wyruszę na punkcie pojawia się Maciek, tak jak poprzednio a więc utrzymujemy to samo tępo. Skłamałbym gdybym napisał że nie przyszła mi do głowy myśl ze dobrze byłoby utrzymać tą przewagę do końca, w końcu takie zawody to też w pewnym stopniu rywalizacja z innymi, ale nie jest to w tej chwili najważniejsze. Mam do pokonania jeszcze ponad dwadzieścia kilpmetrów i na tym się skupiam. Ruszając słyszę jeszcze jak ktoś obsługi mówi że według prognozy ma przestać padać o 14 a spytany która jest godzina patrzy na zegarek i z uśmiechem mówi że 13:59. Dalsza droga prowadzi kawałek asfaltem ale po chwili strzałki kierują mnie znowu w las i to wprost w jakieś wielkie grzęzawisko. Przez tą chwile na asfalcie przywykłem do luksusu jakim jest twardy grunt pod nogami , więc z oporem robię pierwszy krok.

Dalej jest już prościej, wszystko wraca do normy. Mozolnie wyrywam zasysane przez podłoże buty i krok po kroku przesuwam się do przodu. Po pewnym czasie zauważam że rzeczywiście jakby deszcz trochę ustał, co prawda dalej kapie na głowę ale to chyba woda strącana z drzew przez wiatr. Droga robi się trochę bardziej znośna i już nie tak stromo prowadzi na Hurbą Buczynę, potem zbieg w dół i kolejne podejście. Po wyjściu z bufetu wyprzedziłem jednego zawodnika i w zasadzie cały czas mam przed sobą pustą drogę. Na szczęście prowadzi ona ciągle szlakiem granicznym wiec nie muszę się zastanawiać czy dobrze biegnę. Niestety chyba tracę powoli siły bo z tyłu pojawiają się kolejni biegacze którzy po jakimś czasie mijają mnie i zostawiają w tyle. Przypominam sobie że przecież żeby posuwać się do przodu niezbędna jest energia nagromadzona w żelach, sięgam więc do plecaka i wyciągam kolejnego. To już trzeci dzisiaj, absolutny rekord w mojej karierze. Kiedy kończę popijać nagle obok pojawia się Maciek, mija mnie i dosyć szybko zaczyna się oddalać. No cóż młodość ma jednak swoje prawa.

Zanim stracimy kontakt głosowy dowiaduje się jeszcze że zostało jakieś 14 km. Wreszcie docieram na Trzy Kopce. Tutaj obsługa kieruje mnie na czerwony szlak. Dostaje tez opaskę na rękę z napisem 80 km. Widocznie ktoś uznał że skoro dotarłem w to miejsce to mam szanse dotrzeć tez do mety. To chyba mnie podbudowuje i mobilizuje do żwawszego poruszania się. Poza tym wreszcie się rozpogadza i zaczynają się odsłaniać wspaniałe panoramy. Robi się całkiem przyjemnie. Zostało ostatnie większe podejście, wkrótce przechodzę poniżej schroniska Rysianka i już w miarę po płaskim docieram do schroniska na Hali Lipowskiej.

Tutaj na drzewie wisi kartka z napisem meta 10km. Z lekkim zdziwieniem widzę tez kilkadziesiąt metrów przed sobą Maćka. Zaczynam kombinować że skoro on zwolnił a dalsza droga to w zasadzie długi zbieg to może jeszcze uda się powalczyć. Zaczynamy zbiegać, trzymam się za Maćkiem i nagle widzę że on schodzi na pobocze żeby załatwić fizjologiczne potrzeby i w takich prozaicznych okolicznościach mijam go i zostawiam z tyłu. Zupełnie bez walki, przynajmniej na razie bo do końca jeszcze trochę zostało. Teraz droga jest na tyle sucha że można już spokojnie zbiegać, i pewnie można by to robić nawet dosyć szybko, gdyby nie zmęczenie nóg. To zmęczenie powoduje że kiedy tylko droga zaczyna się lekko wznosić przechodzę do marszu, chociaż mam świadomość że nie ma takiej potrzeby i Benek na pewno by mnie za to nie pochwalił. Mijam kartkę z napisem 5 km. Przypominam sobie że ostatnie 5 km jest oznakowane co kilometr wiec czekam na kolejną.

Kartka z napisem 4 km zostaje w tyle, Macka nie widać, powoli zaczynam przyzwyczajać się do myśli że będę na mecie pierwszy z naszej grupy. Droga lekko się wznosi więc znowu maszeruję i wtedy mija mnie jakaś dziewczyna i szybko zostawia w tyle. Uświadamiam sobie jak dużo jeszcze można zyskać lub stracić prze metą. Mijam kartkę z napisem 3, potem 2, a potem z dołu nadbiega jakiś biegacz który wybrał się na trening, zachęca mnie do biegu, patrzy na zegarek i mówi że zostało mi do mety 2200m. Nienawidzę gps’a, tą informację mógł sobie darować. Trasa prowadzi wąską ścieżką przez jakieś gęste zarośla, kiedy więc słyszę za sobą tupot odsuwam się na bok żeby zrobić miejsce szybszemu zawodnikowi i obok mnie przemyka Maciek. A więc podział skóry na niedźwiedziu okazał się przedwczesny. Na szczęście ścieżka zaczyna opadać stromiej i jakby zaprasza do dalszego biegu wiec nie ma czasu na rozpamiętywanie ‘porażki’. Jeszcze kawałek i dobiegam do pierwszych zabudowań Ujsoł, kilka zakrętów w wąskich uliczkach i pojawia się mostek za którym jest meta.

Na mecie nie ma medalu, czeka za to Krzysztof Dołęgowski, który gratuluje mi ukończenia biegu i pyta: dobrze się bawiłeś?
To niespodziewane pytanie w jednej chwili ustawia cały ten bieg we właściwej perspektywie.
Odpowiadam z przekonaniem: Tak, dobrze się bawiłem.

facebook

pomiar czasu

rekordy pro run

kalkulatory biegowe

News - pozostałe

#1 Lifestyle - Zimowy Must-Have

  Zimowa pora wcale nie musi kojarzyć się z fatalnymi warunkami atmosferycznymi, przygnębien...

Pilates dla biegaczy

Czy wiesz, że "siła napędowa" u biegaczy powinna wychodzić z korpusu, a nie nóg? Czy wiesz, że moż...

#1 TRENING - CZYM JEST OKRES PRZYGOTOWAWCZY?

#1 TRENING - CZYM JEST OKRES PRZYGOTOWAWCZY? Na dobre wystartowały treningi przygotowujące naszyc...

6 urodziny Pro-Run

Potwierdzamy i zapraszamy na 6 urodziny Pro-Run. Realizujemy rzucony na treningu pomysł czyli rejs...

Rozpoczynamy sezon 2017/2018. Zapraszamy!

    Sezon 2017/2018 – ZACZYNAMY! Już w najbliższą niedziele o godz. 9.00 na Stadionie...

Medal korony gór polskich

Długo wyczekiwany medal już jest :) Dlaczego taki? Już odpowiadamy. Nasza drużyna nie tylko biega ...

News - zawody

Medal BTW 2017

Długo wyczekiwany medal już jest :) Dlaczego taki? Już odpowiadamy. Nasza drużyna nie tylko biega ...

30 km - Wyniki 16.07.2017

Wyniki biegu dostępne będą na stronie DATASPORT (obecnie są prowadzone prace na serwerze i nie mam...

Letnia Trzydziestka 2017

Ruszyły zapisy na nasz lipcowy sprawdzian na dystansie 30 km. Ponownie można będzie sprawdzić swoj...

Biuro zawodów również w piątek

Już w piątek otwieramy biuro zawodów na bieg w Siechnicach w sklepie sportowym Decatchlon Bielany ...

Posiłek regeneracyjny

Posiłek regeneracyjny jest bardzo ważny również po zawodach, tym razem serwujemy grochówkę w wersj...

Organizacja w Siechnicach

  W Siechnicach zapowiada się ponad pięciuset startujących, a wraz z nimi zapewne kibice. Aby ...